Adios Amigos – ci bombowi desperados

A niech tam, do meksykańskiego kata. Od pół godziny siedzę nad instrukcją do gry „Adios Amigos” Momo Besedica i zachodzę w głowę, jakby tu najlepiej oddać w pięknym polskim języku dwa pojęcia: tytułowych „amigos”, których zasady gry wspominają też jako ”desperados”. I coś mi się coraz bardziej zdaje, że nic lepszego, nic bardziej klimatycznego niż owe „amigos” i „desperados” jednak nie wymyślę. Przynajmniej nie dla tej gry. raczej po prostu od razu przejdźmy do rzeczy…
Od dwóch do czterech band meksykańskich desperados – czyli takich kowbojów-opryszków w jednym miejscu i o jednym czasie nie może oznaczać nic innego, jak tylko wielką, głośną i zawziętą niemal do ostatniego trupa strzelaninę, po której poukrywane w kieszeniach spodni i kurtek bryłki złota szybko zmienią właścicieli. Źle, znaczy się. A fee, strzelanina, grabieże, oprychy i trupy w grze planszowej, i to jeszcze w takiej od 8 lat??? Zgroza, deprawacja i inne takie tam. Ba, ale można strzelać i… można strzelać i jeszcze przy tym wcale nie poczuć atmosfery krwawej jatki. Więcej nawet, można strzelać, ile wlezie i jeszcze się przy tym dobrze bawić. Pośmiać, pożartować, chcieć jeszcze.

Najpierw jednak wyposażmy graczy w potrzebne utensylia. Z niewielkiego pudełka wygarniamy całą jego zawartość: Talię kart desperados, żetony rewolwerów, żetony łupów, drewniane naboje i wiązki dynamitu. I rozdzielamy zawartość pudełka pomiędzy graczy: Każdy zatem dostaje 15 kart desperados, 10 żetonów rewolweru w swoim kolorze, 2 naboje i wiązkę dynamitu. Żetonów łupów nie rozdzielamy, tylko układamy w stosie według wartości, które widzimy na stronie z grabarzem. Grabarz trzyma wieko trumny, a na nim wyryty jest numer rundy. W „Adios Amigos” rozgrywa się zawsze 5 rund, na końcu każdej zaś przyznaje jednemu z graczy żeton łupu jako bonus. Nie, bonusem nie jest bynajmniej gratisowa trumna ufundowana przez przemiłego grabarza. Najsprawniejszy likwidator nieprzyjaznych amigos otrzymuje po prostu (jeszcze) więcej złota.

Kiedy już każdy gracz ma w rękach to, co każdy desperado w rękach mieć powinien, trzeba się jeszcze zorganizować. Na stole, w zasięgu ręki, kładziemy oba nasze naboje i wiązkę dynamitu. Tasujemy swoje 15 kart i wykładamy trzy z nich przed sobą. Resztę potrzebować będziemy dopiero w kolejnych rundach. Na każdej wyłożonej karcie widać jednego desperado (urocze huncwoty płci obojga, choć wolę unikać formy „desperatka”). Jednego desperado widać zatem na każdej karcie i … dwie liczby z zakresu 0 do 9. Karty układamy jedna obok drugiej, tak, aby przeciwnicy mogli odczytać liczby z naszych kart. Za linią kart układamy nasze żetony rewolwerów – kolorową stroną do góry. Na spodzie żetonów też… są liczby. Tak, tak – gra pachnie matematyką, tyle, że ta matematyka, to będzie niezły ubaw… I to będzie już zaraz, bo właśnie gotowi jesteśmy do gry.

Rundę rozpoczyna komenda „Adios Amigos”. Natychmiast wszyscy gracze jednocześnie obracają dwa ze swoich żetonów rewolweru na stronę z liczbą. Jak to było? Wyceluj i strzel? W Adios Amigos celowanie wymaga ruszenia głową. Strzelamy do desperados przeciwników, kładąc na upatrzonej karcie jeden (i tylko jeden) ze swoich żetonów rewolweru. Przy tym jednak liczba na żetonie musi być równa sumie lub różnicy obu liczb na karcie atakowanego amigo. I oczywiście nie można kłaść swojego żetonu na kartę desperado, którego ktoś już wcześniej odesłał w meksykańskie zaświaty. Z tego powodu zdarza się często, że liczby na naszych żetonach nie pasują nam do upatrzonych, ba, do żadnych możliwych celów. I tu przydają się naboje. W dowolnym momencie rundy gracz chwyta swój nabój, wykłada go na środek stołu i krzyczy „Ładuję”. Teraz i on i pozostali gracze mogą odwrócić kolejne dwa własne żetony rewolweru. W razie potrzeby można wykorzystać i drugi nabój. Gdyby się po jego wykorzystaniu zdarzyło, że gracz zostaje z odkrytymi żetonami, wciąż są jacyś żywi amigos z wrogich band, a on nie ma jak ich ustrzelić, może wykorzystać dynamit. Wykłada go na środek stołu, wrzeszczy „Bomba” i oto pozostali gracze zakrywają uszy rękoma i głośno odliczają od 10 do 0. W tym czasie gracz może ustrzelić jednego z desperados, wykładając na jego karcie więcej niż jeden żeton rewolweru. Wystarczy, żeby suma wartości żetonów pozwalała ustrzelić oprycha zgodnie z przyjętymi w grze zasadami.

Runda kończy się, gdy nie ma już do kogo strzelać, nie da się już nikogo więcej ustrzelić albo, gdy na placu boju pozostanie tylko jeden żywy amigo. Teraz gracze odwracają swoje żetony rewolwerów na kartach desperados na stronę w swoim kolorze, po czym – sprawdziwszy najpierw celność trafienia – każdy zabiera ustrzeloną kartę do swojej puli. Jeden desperado to jedna bryłka złota, co ilustrują rewersy kart. Układamy ustrzelonych amigos stroną z bryłkami złota w stosie przed sobą. Jeżeli w turze któryś z graczy ostał się ze swoim żywym amigo, otrzymuje jako bonus żeton łupu. Oczywiście, żeby nie było tak kolorowo i bezstresowo są też i kary. Kto w pośpiechu strzelaniny spartaczył proste dodawanie lub odejmowanie, musi zapłacić właścicielowi nieskutecznie zabitego desperado 3 bryłki złota i dodatkowo po jednej każdemu innemu graczowi przy stole. Komu zdarzyło się zapomnieć, że ma tylko 2 naboje i krzyknął „Ładuję” po wykorzystaniu ostatniego z nich, płaci po jednej bryłce złota każdemu ze współgraczy. Po podsumowaniu jednej rundy, zaczynamy drugą, a po rozegraniu ostatniej – piątej rundy, liczymy bryłki złota na kartach i bryłki złota na żetonach łupu. Kto zebrał ich najwięcej – wygrywa. W razie remisu autor zachęca do… rozegrania kolejnej partii gry.

Ja myślę, że wielu jakoś specjalnie zachęcać nie trzeba będzie. Po partii „Adios Amigos” pozostaje w ekipie iskra, której nie od razu chce się gasić. Iskra tym większa, im więcej graczy przy stole. Dla mnie ta gra to świetna party game, powiew świeżości i wspaniały przykład tego jak bardzo dynamiczna gra imprezowa może (a może powinna?) być. Poklaskiwanie czempionów? Porównywanie wzorów na kartach z jednoczesnym zezowaniem na drewniany wihajster? Wyścig nieco może przeintelektualizowanych, a na pewno ledwie zipiących na kacu kapitanów statków? Plastelinkowe zgadywanki? Wszystko wspaniałe, bynajmniej nie przekreślam. Ale mojego regału z grami bez „Adios Amigos” jakoś już sobie nie wyobrażam. Po prostu świetna gra. Kupa śmiechu, wypieki na twarzy, no i ta niesamowita bomba. Szybko, radośnie, emocjonująco, a do tego bezkrwawo, bezboleśnie i całkiem gładko.

No prawie, bo przy całym tym pozytywnie zakręconym koncepcie gry, świetnym jakościowo i pogodnym w sensie graficznym wykonaniu, to jednak dwa drobiazgi trzeba skrytykować. Oba mają swoje źródło w dziurawej instrukcji – najczęstsza przypadłość gier. Po pierwsze więc: Instrukcja poleca wykładać żetony rewolwerów stroną z liczbą do góry. Można i tak, ale jest to zgoła bez sensu, bo żetony giną na tle kart i ciężko rozróżnić, który desperado w ogóle już nie krzyknie „Auuua!”, a który jeszcze ewentualnie dałby radę. My układaliśmy żetony tak, aby od razu był widoczny kolor gracza. Przy podliczaniu rundy i sprawdzaniu trafień i tak się przecież zerka na liczbę na żetonie. Druga uwaga to – powiedzmy wprost – uwaga wybitnie racjonalizatorska – nie wiem w ogóle, jak autor mógł o tym nie pomyśleć: W Adios Amigos jest tak, że gdy gracz straci swojego ostatniego desperado, zostaje wyeliminowany do końca rundy. Samo wyeliminowanie gracza nie jest dla niego problemem rundy są błyskawiczne. Gorzej, jeśli nie zauważamy, że strzelać w naszej bandzie już nie ma komu. Wtedy nasi przeciwnicy będą musieli nas uświadomić. Ponieważ cały urok gry polega na jej szybkim tempie i konieczności szybkiego reagowania, szkoda psuć ją takimi sytuacjami. Dlatego wymyśliłem dodatkową komendę, która czytelnie, a nie psując klimatu zabawy, daje zainteresowanemu odpowiedni sygnał. Gdy dokładamy komuś żeton rewolweru na jego ostatniego żywego desperado, krzyczymy „Trup blady!”. Szybko, sprawnie, skutecznie.

Po zaimplementowaniu w grze tych dwóch małych poprawek, „Adios Amigos” śmiga, aż miło zagrać, a ciekawie z boku popatrzeć. Fajne to, zgrabne to, bawi, śmieszy, integruje. Co tu dużo mówić: Na „Adios Amigos” warto zwrócić uwagę.

Vielen Dank an Pegasus Spiele
für die freundliche Bereitstellung des Rezensionsexemplars.
Dziękujemy wydawnictwu Pegasus Spiele
za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Punktometr Spiellusta

ocena ogólna: 8/10
strategia / taktyka: 7/10
losowość: 5/10
interakcja: 10/10
wykonanie gry: 10/10
stosunek cena do jakości: 8/10 (milan-spiele.de 12,30 €, Rebel.pl 69.95 PLN)

moja ocena dla „Adios Amigos” w serwisie BGG: 8

Podstawowe informacje o grze:

tytuł: Adios Amigos
Liczba graczy: 2 – 4
Wiek: od 8 lat
Czas gry: 30 min
Wydawca: Pegasus Spiele
Projektant: Momo Besedic
Instrukcja: niemiecka, angielska

Zawartość pudełka:
* 60 kart desperados
* 40 żetonów rewolwerów
* 5 żetonów łupów
* 8 drewnianych nabojów
* 4 drewniane wiązki dynamitu
* instrukcja

Adios Amigos na BGG

Deutsches Résumé
Je drei Desperados-Karten liegen vor jedem Spieler. Außer diesen hält jeder 2 hölzerne Patronen und ein witziges Dynamitbündel sowie 10 Revolvermarker in seiner Farbe – die letzteren verdeckt, darunter sind nämlich Zahlen von 0 bis 9 versteckt. Ähnliche Zahlen stehen neben den Desperados-Charakteren auf den Karten. Alle warten gespannt auf das Kommando. „Adios Amigos“ tönt es durch die Luft und sofort decken alle Spieler 2 eigene Revolvermarker auf. Zahlen auf den Marker und Zahlen auf den Karten vergleichen. Ein bisschen Arithmetik ist ohne Zweifel auch im Spiel, denn das Ergebnis der Addition oder Subtraktion der beiden Zahlen auf den Karten eines Gegners muss der Zahl auf dem Revolvermarker entsprechen. Nur dann gilt ein Desperado als erschossen. Klingt einfach, ist aber unter Zeitdruck eher alles andere. Es kommt schnell dazu, dass man keine Möglichkeit mehr hat, seinen Marker irgendwohin zu legen. Die Zahl passt zu keiner Desperado-Karte, Zumal die noch freien so rasch ausgehen. Doch halb so schlimm, wir sind gut ausgestattet. Man nimmt eine Patrone, stellt sie in die Tischmitte, ruft „Nachladen“ und sofort kann man zwei weitere Marker umdrehen. Zwar ist dies im gleichen Moment auch den Anderen erlaubt, dagegen kann man aber nichts machen. Na ja fast nichts, sie werden doch für ein paar Sekunden auch gestoppt sein. Legt ein Spieler sein Dynamitbündel in die Tischmitte und ruft „Bombe“, müssen alle anderen ihre Ohren mit den Händen decken und von 10 bis 0 herunterzählen. In dieser Zeit kann der Bombenleger auf einen der noch lebenden Desperados schießen und das sogar gegen die üblichen Schussregeln, die besagen, dass jede Karte nur mit einem Revolvermarker belegt werden darf. Hier kann man sogar mehrere Marker auf einer Karte zusammenbringen, solange das Ergebnis korrekt ist.

Fünf Runden spielt man auf diese Weise, nach jeder Runde werden die erfolgreichen Schüsse belohnt, die Fehlschüsse bestraft. Man kämpft selbstverständlich um Gold – denn für was sonst könnte das Herzen des mexikanischen Desperados erglühen?! Jeder erschossene Desperado bringt ein Nugget. Man nimmt die getroffene Karte und dreht sie einfach auf die Nuggetseite. Liegt vor jemandem noch ein lebender Desperado aus, kann er die Karte selber behalten, auch als ein Nugget. Kommt es so, dass nur ein Spieler die Runde überlebt hat, erhält er zudem ein Beuteplättchen als Bonus, was ihm zusätzliche Goldnuggets einbringt. So weit, so gut. Hat jedoch jemand eine falsche Trefferzahl auf die Karte eines Gegners gelegt, folgt die Strafe auf dem Fuße: 3 Nuggets gibt man dem Besitzer der Karte und ein Nugget jedem anderen Spieler. Ähnliches gilt, wenn jemand „Nachladen“ gerufen hat, aber keine Patrone mehr in seinem Besitz hatte. Hier fällt die Strafe jedoch milder aus, nur ein Nugget für jeden der Mitstreiter.

Ist die letzte Runde zu Ende, zählt man die eigenen gesammelten Karten und eventuelle Nuggets auf den Beuteplättchen zusammen. Der reichste Spieler ist der Gewinner. Bei Gleichstand empfiehlt der Autor, gleich eine neue Partie zu spielen!

Eine gute Empfehlung, zumal das Spiel wirklich das gewisse Etwas hat. Ich kenne schon etliche (Party?)-Spiele, doch „Adios Amigos“ hat etwas Frisches in mein Spieleregal gebracht. Leider gibt es auch 2 Gründe, um zu meckern. Das Problem liegt an der Regel. Vor allem ist das Hinlegen der Revolvermarker mit der Trefferzahl nach oben ganz unpraktisch. Während der Ballerei kann man nur schlecht unterscheiden, welche Karte noch keinen Marker auf sich liegen hat. Zwar zwingt die Regel nicht dazu, aber sie verschweigt das Problem und man richtet sich nach dem entsprechenden Beispielbild. Nach einigen Partien haben wir uns darauf geeinigt, dass man die Marker mit der farbigen Seite nach oben legt. Noch eine Korrektur der Regel, na ja eigentlich eine zusätzliche Regel, haben wir für nötig gefunden. Bei Adios Amigos muss der Spieler, dem sein dritter Desperado in der Runde erschossen wurde, aussetzen. Dies hat der Betroffene nicht immer bemerkt und weiter geschossen, obwohl er nominal schon tot war. Ein Aussetz-Kommando musste dazukommen. Wer einem Anderen seinen dritten und letzten Desperado abknallt, ruft bei uns dem Unglücklichen „Bleiche Leiche“ zu. So ist die Situation sofort klar und das Spiel spielt sich noch immer zügig.

Abgesehen von den 2 Kleinigkeiten und vielleicht noch der fast selbstverständlichen Feststellung, dass mit 2 Spielern deutlich weniger Aktion und Spannung aufkommt, ist „Adios Amigos“ ein Spielchen mit einem gewissen Funken und der Bombe-Regel als Höhepunkt. Es spielt sich flott, und man hat dabei viel zu lachen. Thematisch ist das Spiel zwar über Gewalttaten, doch in der Praxis gibt es keine Aggression am Tisch. Die Desperados dürsten nicht nach Blut. Die sind sogar nett. Und bewohnen ein wirklich nettes Spiel, das auch durch seine Aufmachung völlig überzeugt. Es lohnt sich allemal, das Spiel näher zu betrachten.


Spiellust-Punktometer

Gesamtnote: 8/10
Strategie /Taktik: 7/10
Glücksfaktor: 5/10

Interaktion: 10/10

Material: 10/10
(Bilder von dem Spiel befinden sich im polnischen Text oben.)
Preis-Leistungs-Verhältnis: 8/10 (spiele-offensive.de 14,99 €, milan-spiele.de 12,30 €)

meine BGG-Note für Adios Amigos: 8

Résumé: pomimo

You may also like...

Dodaj komentarz